| 2007.04 - Matterhorn pierwsza randka |
|
|
|
| Wpisany przez Administrator | |||
| Niedziela, 10 Styczeń 2010 16:41 | |||
|
To ostatni dzień włosko-szwajcarskiej , niespełna tygodniowej przygody. Pozazdrościłem części ekipy świąteczno-wielkanocnego wspinania alpejskiego i korzystając z okazji oraz tanich linii lotniczych przez Bergamo (Mediolan) dotarłem do Cervinii., chyba jednego z najwyżej położonych miasteczek w Alpach, wysoko ponad 2000 m n.p.m. tuż przy włosko-szwajcarskiej granicy. Z okna domu położonego na wysokości 2100 m n.p.m. (ostatni dom, wyżej już tylko góry) to straszył, to zachwycał właśnie on– Cervino, tak po włosku nazywa się Matterhorn (4478 m n.p.m.) i stąd oczywiście nazwa miasteczka. Ale Matterhorn nie był celem, to raczej pierwsza randka, konkury, oglądanie z każdej strony, od strony włoskiej, ale i oczywiście szwajcarskiej– ten widok znany jest z przekazów telewizyjnych, albumów, bo góra rzeczywiście budzi respekt.
I pewnie właśnie to osamotnienie góry, jej kształt, oraz pewna trudność by na nią wejść powodują, że jest tak znana i popularna, choć zazwyczaj podziwiana z okolicznych szczytów czy choćby szwajcarskiego miasteczka Zermatt. W okolicy przecież wiele czterotysięczników, także wyższych od Matterhornu, jak choćby Bufor (4634 m n.p.m.) czy mało znany Liskamm (4527 m n.p.m.) Ale i te szczyty nie były moim celem. Tym razem miałem ochotę na białe szaleństwo, czyli zjazdy alpejskimi nartostradami, które w tej okolicy są często szersze niż długość tras w naszych rodzimych górach. Wyśmienite przygotowanie stoków, duże różnice wzniesień oraz brak ludzi umożliwiają dostarczenie sporej dawki adrenaliny, rozwijane prędkości znacznie przekraczają te z Czarnej Góry, Szczyrku, czy jakiegokolwiek innego miejsca, które przychodzi mi na myśl. I to bez ryzyka, że wyleci się nieoczekiwanie na muldzie w powietrze, czy rozjedzie rodzinkę na sankach, ryzyko owszem jest, ale ryzykuje się samemu na własną odpowiedzialność, ale i ono nie wydaje się zbyt wielkie, kamienie nie wystają, drzew nie ma, ale z pewnością pędząc w dół lepiej się nie przewrócić. Dość powiedzieć, że zjazd z Małego Matterhornu ( 3883 m n.p.m. ) to prawie dwa kilometry!!! w dół i nie ma konieczności zatrzymywania się, wszystko w twoich nogach, czasem i w głowie Czyli jak w górach.
Trochę dziwnie wyglądałem na lotnisku we Wrocławiu, gdy przeciskałem się przez tłum w krótkim rękawku z nartami (dobrze, że w pokrowcu), tutaj wiosna w pełni, w Cervinii, na wysokości 2000 m wyszły właśnie krokusy, ale pączki na drzewach jeszcze nie zaryzykowały rozkwitem. Tak, ryzykować można tylko w jasnych granicach, czy pączki są mądrzejsze od nas? No, tututamowcy, mapy są, ogląd sytuacji jest, pierwsza randka była, czas na następne spotkanie....? Mój wzrok skierowany jest właśnie w tamtą stronę
Przemek Pajcz Dodaj swój komentarz
|





